o-mnie

Śmierć. Klapek. Nieoczekiwane spotkanie. Razem do śmierci.

– O ku..a! Czy go poj…ało?! – krzyknął głośno Piotrek.

– Boże, co on robi?! Czy on NAPRAWDĘ tam schodzi?!  – zapytała Patrycja

– Nie. Dajcie spokój. On tam nie zejdzie. Nie jest idiotą – powiedział Michał spokojnie, nawet nie patrząc.

– No to się zdziwisz! Bo najwyraźniej jest. Patrz! – odparła twardo Patrycja.

Wszyscy jak jeden mąż wychylili się przez barierkę balkonu i z wysokości kilkunastu pięter patrzyli na moje wyczyny z przestrachem.

<<<>>>>

Tymczasem ja, zupełnie nieświadomy tej rozmowy, chodziłem po skałach, szukając łatwiejszego zejścia do morza. Miałem już upatrzoną zatoczkę, ale był tylko jeden problem – żeby do niej dotrzeć musiałbym skakać po ostrych skałach.

Stałem przez chwilę i zastanawiałem się czy na pewno chcę to zrobić. Nigdy wcześniej nie pływałem w morzu w marcu i miałem przemożną ochotę pobić ten rekord, a teraz miałem na to szanse. Znajdowaliśmy się na na Majorce, był ciepły, wiosenny dzień, około 23 stopni C – wszystkie warunki mi sprzyjały. Spojrzałem jeszcze raz w dół. Fale raz po raz uderzały w skały, ale z wysokości nie wydawały się specjalnie groźne.

– Hmm, to nie będzie proste, ale spróbuję – powiedziałem do siebie i zacząłem powoli skakać po skałach w kierunku upatrzonej zatoczki.

<<<>>>

– On rzeczywiście schodzi coraz niżej – powiedział zdumiony Michał.

Czy on w ogóle umie pływać?!

– Nie wiem. Chyba nie – powiedział niepewnie Piotrek.

– Zawołajmy go!

– Dobra to na trzy, czte-ry…

– Daaaaaaawid!

Nawet nie odwróciłem głowy.

– Jeszcze raz!

– Daaaaaaawid!

Ty IDIOTO! Nie idź tam!

Byli zbyt wysoko żebym ich usłyszał. A nawet jeśli nie, to ryk fal na pewno, by ich zagłuszył.

<<<>>>

Schodziłem coraz niżej i niżej, aż w końcu znalazłem się w wypatrzonej zatoczce. Przykucnąłem na skale i oceniałem drogi zejścia. Szukałem jakiejś w miarę bezpiecznej drogi, ale jej nie było. Wszędzie było bardzo słabe zejście najeżone barierą jeszcze ostrzejszych skał. Do wody miałem jakieś 1,5 metra i najlepiej by było skoczyć na główkę, ale nie wiedziałem jak głęboka jest woda. Jako, że wszystkie wiązały się ze sporym ryzykiem poturbowania albo gorzej, postanowiłem odpuścić.

– Nie jestem idiotą. Wracam! – zacząłem podnosić się z przykucu, ale było za późno…

<<<>>>

– O k…wa! Zmiotło go! Widzieliście?! – krzyknął Piotrek.

W tym momencie wróciła do kuchni Monika i słysząc krzyki poszła na balkon.

– Co się tutaj dzieje? Gdzie jest Dawid? – powiedziała przestraszona.

– Jezu! On jest pod wodą i nie wypływa! Ratujmy go!

– Co się stało? Co on robi? – bardzo przytomnie pytała Monika. – Nigdzie go nie widzę. Gdzie on jest?!

<<<>>>

Spojrzałem się w bok i wiedziałem, że nic mnie nie uratuje. Szła na mnie potężna fala, z taką prędkością, że nie miałem żadnych szans uskoczyć gdzieś indziej. To było tak, jakbyście stali na torach w kanionie, spojrzeli się w bok, a tam pędził na Was rozpędzony pociąg. Mogłem zrobić tylko jedno – odwróciłem się do fali plecami i dałem się jej ponieść. Morze porwało mnie pod wodę…

<<<>>>

– Ile on siedzi pod tą wodą?! Musi zaraz wypłynąć!

– Nie wiem. Dalej nigdzie go nie widać…

– Biegnę po niego – rzucił Michał i już zrywał się do biegu, gdy…

<<<>>>

W wodzie przekoziołkowałem killka razy. Przestałem rozróżniać, gdzie jest góra, a gdzie dół. Machałem na oślep rękami, tracąc cenną energię i powietrze. Wtem, jakimś szóstym zmysłem wyczułem skały. Szybko odbiłem w lewo i zamiast głową, uderzyłem o skały żebrami. Poczułem ból. Resztka powietrza, jaką miałem w płucach uciekła i wiedziałem, że jak zaraz się nie wynurzę, to będzie źle. Wpadałem w coraz większą panikę.

Wszystkie moje próby wypłynięcia kończyły się marnie. Udało mi się dwa razy zaczerpnąć oddech i zaraz znowu zalewała mnie słona woda. Nic nie widziałem, a morze nie chciało mnie wypuścić. Wtedy poczułem ostry ból kolan. To skała! Szybko się jej złapałem, przytrzymałem i wynurzyłem na powierzchnie.

<<<>>>

– Czekaj! Wynurzył się! – przerwała mu Patrycja.

– Trzyma się tamtej skały – powiedział Michał i wskazał palcem. – Ale wygląda na półżywego.

<<<>>>

Wdrapałem się na skałę, zrobiłem głęboki wdech i prawie natychmiast zacząłem kaszleć i prychać. Byłem chyba bezpieczny. Chyba, bo nie mogłem otworzyć piekących oczu i sprawdzić, gdzie jestem. A wiedziałem, że muszę… Przytrzymałem powieki palcami i rozejrzałem się dookoła. Miałem szczęście.

Ze skały, na której leżałem, mogłem przedostać się na wyższą półkę i tam już bezpiecznie rozłożyć. Tak zrobilem. Wspiąłem się na nią i położyłem się plackiem. Nie miałem już siły na nic. Musiałem złapać oddech i odpocząć.  Oczy same mi się zamykały.

– Tylko chwileczkę – pomyślałem i zapadłem w półsen.

<<<>>>

– On tam ciągle leży?

– Zapierdolę go, jak tu wróci. No po prostu zapierdolę! Będzie żałował, że się urodził!

<<<>>>

Obudziłem się po kilku minutach. Dalej nie miałem siły wstać, ale wiedziałem, że muszę. Zebrałem się w sobie i powoli zacząłem wdrapywać się na górę.

– Na przypale albo wcale. Znowu miałeś więcej szczęścia niż rozumu – powiedziałem do siebie.

Wszystko mnie bolało. Miałem zadrapania i siniaki na całym ciele, ale przynajmniej byłem żywy. Niestety, podczas tej walki o życie, straciłem mojego klapka! Patrzyłem, jak smutny odpływa w oddali.

– Ty się ciesz, że żyjesz, a nie płaczesz za klapkiem! – rzuciłem do siebie. Nie mniej poczułem napływ smutku.

Te klapki były dla mnie ważne, ponieważ wiązało się z nimi dużo śmiesznych historii i zwiedziły one ze mną więcej świata niż niektórzy ludzie. Może nie były zbyt piękne, a nawet można by powiedzieć że były paskudne. Takie czarne, gumowe, uwalone białą farbą, które wyglądają jakby były na nie jednej budowie. Niejednokrotnie myślałem o tym, żeby je wyrzucić i kupić sobie nowe, ale widzisz… ja jestem bardzo sentymentalny.

– No mój klapku, – zacząłem, patrząc, jak odpływa coraz dalej – będzie mi Ciebie brakowało. Pogroziłem jeszcze morzu na odchodne, ale jakoś tak mało energicznie i zacząłem powoli człapać w stronę hotelu…

To musiało mu wystarczyć za epitafium.

Świadomość tego, że prawie umarłem, przyszła dopiero na górze, podczas bezlitosnego łajania za moją bezmyślność i za bycie idiotą. No, ale cóż mieli rację.

<<<>>>

 

Epilog – i nigdy Cię nie opuszczę…

 

Parę godzin później, postanowiliśmy wybrać się na oddaloną o kilka kilometrów od naszego mieszkania plażę. Rozstawiliśmy rzeczy i poszedłem zmoczyć nogi. Spacerowałem sobie chwilę brzegiem, gdy dostrzegłem pewien czarny kształt.

– Czyżby to? Nie… Niemożliwe… Podbiegłem podniecony.

– Nie wierzę! – wymamrotałem i zacząłem się śmiać na cały głos jak wariat. Dookoła ludzie dziwnie się na mnie patrzyli.

Na piasku, niczym zdechła ryba, leżał mój paskudny klapek! Morze oddało mi go! Haha!

Obecnie mam już nowe klapki, a te odeszły na zasłużoną emeryturę. Służą moim gościom podczas wypraw na balkon w zimniejszych okresach.